Showing posts with label drobiazgi. Show all posts
Showing posts with label drobiazgi. Show all posts

Tuesday, 5 January 2016

Poświąteczny atak prezentów

Aż chciałoby się powiedzieć, że naprawdę dzieje się, dzieje... i to w dwojakim sensie ;-) Ale najpierw: wszystkiego dobrego i wełnianego w Nowym Roku! Niech się Wam wszystkim dzieje jak najlepiej!

Cisza w eterze wywołana była po trosze Świętami - nie można wszak publikować zdjęć prezentów przed wręczeniem! - a po trosze brakiem dobrego światła do zdjęć. Moje oszałamiające umiejętności fotograficzne wspiera wprawdzie ostatnio technologia mojego nowego telefonu (stworzony do autoportretów, zapewnia producent, ale nie obawiajcie się zalewu selfies!), ale i on nie radził sobie przy nędznym zimowym świetle. Ale na szczęście dzień już się wydłuża i Święta za nami, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby pokazać kilka zrobionych na prezent drobiazgów.

Regina Marie

Chusta zrobiona na mikołajki dla Ewy (ewa221074) w grupie Knitting in Poland - moja pierwsza robiona od bordera. Wzór bardzo prosty i przyjemny, moim zdaniem lepiej wypadający na włóczce grubości fingering niż proponowanej lace. Mam ochotę wydziergać sobie podobną, ale zdecydowanie w grubości fingering.


Brzeżek w listki jest super, ale wymagał nieco gimnastyki przy blokowaniu. No i tysiąca szpilek!


Szczegóły:

Włóczka: Drops Baby Alpaca Silk, kolor light old pink; Drops Baby Merino, kolor dark gray
Druty: 3,25


Hug my hands

Drobiazg wydziergany dla Chrisie (CrochetChrisie) z okazji Steampunk swap w grupie Nerdy Swaps na Ravelry. Mitenki są bardzo proste - wzór bez szału, chciałoby się rzec, ale musiał to być prosty, żeby pozwolić zabłysnąć włóczce, czyli Malabrigo Silky Merino w przepięknym kolorze Cumparsita.


Włóczka jest nie tylko piękna i przemiła, ale ma też dodatkowy walor sentymentalny. Mitenki powstały bowiem z pierwszego "luksusowego" motka prawdziwej wełny (ha, i to jakiej!), jaki kupiłam sobie w "wypasionym" sklepie dla dziewiarek. Oczywiście nie wiedziałam potem, co z tą Cumparsitą zrobić ;-) Ale doczekała się swojego momentu, a w tych mitenkach jest jej prześlicznie!


Szczegóły:

Włóczka: Malabrigo Silky Merino, kolor Cumparsita
Druty: 3,25


Osobną kategorią są prezenty dla mojej siostry - ze względu na swoje jadowite kolory i inne walory zasługują na osobnego posta. A potem - mrok i ciemność, nie tylko dla fanów Ciemnej Strony Mocy. Zaś tymczasem przesyłam Wam ciepłe życzenia na te mroźne dni i do zobaczenia niedługo!

Thursday, 22 October 2015

Kolorowe szaleństwo

Tak się już jakoś składa, że momenty dogodne dla robótkowania zupełnie nie sprzyjają blogowaniu - i na odwrót. Daję więc słowo, że ostatnia cisza w eterze nie oznaczała drutowego lenistwa. Ale zanim opowiem o jego efektach - tymi mam nadzieję pochwalić się w przyszłym tygodniu - chciałabym się pochwalić kolorowym zawrotem głowy, który panuje ostatnio w moim domostwie.

Po pierwsze, zamówiłam u Chmurki trzy motki Calma - dwa na szal dla siebie w kolorze Dive (ach, jak ja dawno nie nosiłam takich zieleni!) i jeden na komin dla siostry w kolorze Morning Glory. Popatrzcie tylko na te kolory!




Włóczki są absolutnie przemiłe w dotyku i już nie mogę się doczekać, aż zacznę z nich dziergać. Tym bardziej, że już od dawna miałam ochotę na jakiegoś singla. Ale serio, popatrzcie jeszcze raz na Morning Glory - czyż nie jest przepiękna? Najfajniejsza jest ta jadowita seledynowa zieleń:


Ja nigdy w życiu nie mogłabym nosić takich kolorów, ale na szczęście moja siostra nie ma z tym najmniejszych problemów: fiolety, niebieskości, turkusy i seledyny zupełnie jej niestraszne, choćby i w najbardziej toksycznej mieszance. Dobrze jest mieć kogoś, na kim można testować takie elektryzujące połączenia.

Ale to nie wszystko. Zachęcona postami Amanity i Moniki postanowiłam wyprodukować sobie równie piękny i kolorowy worek na robótkę, który zastąpiłby mi wszechobecne reklamówki. Zamiar powiódł się do pewnego stopnia: udało mi się uszyć poniższy worek w kolorowe lalusie, ale okazał się 1) za mały, 2) wyposażony w za krótki sznurek. Oczywiście nie zraziłam się tymi drobiazgami i natychmiast wepchałam do niego czapkę - możliwie szarą, burą i ponurą, dla kontrastu. Mam nadzieję, że po wciągnięciu nowego sznurka worek okaże się przydatny na jakieś mikrorobótki.


W planach mam uszycie worka - dla odmiany w sówki - który będzie wystarczająco duży by pomieścić dziergany sweter, zapasowy motek i, rzecz jasna, Joszkę. 

Biegnę dłubać rękawy w moim szarym ażurowym sweterku. Do końca KAL-u w Knitting in Poland zostało tylko parę dni, a biorąc po uwagę moją niechęć do rękawów, potrzebuję 120% motywacji. Trzymajcie kciuki!

Tuesday, 13 October 2015

Bufy: starcie tytanów

Najnowsze wieści z placu boju: zyskałam potężnego sprzymierzeńca w mojej batalii z bufami. Moja sojuszniczka, zupełnie bez wezwania, przybyła na miejsce akcji i dosłownie wgniotła bufy w podłoże. Wszelki opór był bezcelowy, Joszka nie okazała śladu miłosierdzia, zmierzyła pobojowisko spojrzeniem pełnym pogardy, a na koniec ułożyła się na rękawie, utrwalając pożądany kształt.


Z takim wsparciem już żadne bufy mi nie straszne, ha!

Sunday, 11 October 2015

Magiczne sztuczki z markerami

Dzieje się, oj dzieje - aż tyle, że nie mam czasu usiąść i spokojnie podziergać. Niby same przyjemne rzeczy: goście, znów goście, jeszcze więcej gości, a w przerwach spotkania z kulturą wysoką, ale po tych wszystkich wrażeniach czekam na choć kilka dni spokoju. Tymczasem udało mi się zdziałać cały szereg rzeczy, acz niekoniecznie dobrych.

Po pierwsze, zmajstrowałam sobie nowe markery do oczek. Do tej pory miałam zestaw różowo-zielonych agrafeczek i osiemnaście sztuk koraliczków nawleczonych na żyłki - dzieł rąk mych własnych o umiarkowanej urodzie, ale znacznej przydatności. Niestety, w trakcie mojej ostatniej katastrofy dziewiarskiej (o czym niżej), osiem znaczników-koralików wplątało się w dzianinę. Na amen, nie do odzyskania. Wizyta w sklepie z koralikami była nieuchronna, a ponieważ jestem tylko człowiekiem, to oprócz niezbędnej mi żyłki i zatrzasków kupiłam oczywiście różne inne rzeczy. W konsekwencji mój zestaw markerów powiększył się o złote kółeczka i różowe oponki, i wygląda teraz tak:



Znaczniki, uwolnione z dzianiny, spisują się bardzo dobrze, a oprócz tego są kolorowe, świecące i cieszą me srocze serce. Opowieść o tym, w jaki to sposób utkwiły w dzianinie, stanowi natomiast sedno mojego najnowszego dziewiarskiego dramatu. Otóż od jakiegoś czasu dziergam Murron, zwaną też najbardziej ażurowym kardiganem świata. Robiłam wszystko dokładnie według rozpiski, zgodnie z rozmiarem takim akurat na mnie, rozdzieliłam rękawy od korpusu, nabrałam oczek pod pachami... I markery w jakiś sposób tam utkwiły. Nie wiem w jaki - na pewno magiczny - ale wrobiłam je w dzianinę i ani drgnęły.

Powinnam była odczytać to jako znak, że trzeba te dobrane oczka spruć, ale gdzie tam. Działam więc, działam namiętnie, uskrzydlona myślą o zaprezentowaniu Murron w paskowo-ażurowym KALu w grupie Knitting in Poland, aż wreszcie, po wyprodukowaniu z siedmiu centymetrów kadłuba, przymierzyłam moje dzieło.
Nie pasowało tak koszmarnie, że aż brak słów. Marszczyło się po bokach, garbaciało na plecach, a otwory na rękawy były tak duże, że mogłabym zrobić przez nie fikołki. Mówiąc krótko - otchłań rozpaczy. Na szczęście B. powstrzymała mnie przed wyrzuceniem swetra za okno i wyskoczeniem za nim - rozwiązaniem okazało się sprucie wszystkiego aż do pach i niedobieranie oczek. Sweterek stał się o około 40 oczek węższy, zniknął mu garb, marszczenia i obręcze do fikołków. Nie wspominając już o tym, że uwolniłam w ten sposób moje osiem koralikowych markerów.

Myślę, że można to policzyć jako moralne zwycięstwo.