Showing posts with label knitting in poland. Show all posts
Showing posts with label knitting in poland. Show all posts

Monday, 7 December 2015

Chustka z Białych Piasków

Wbrew popularnej opinii - wynikającej chyba z tego, że mam rudawe włosy - Ania z Zielonego Wzgórza nie jest moją ulubioną książką L.M. Montgomery. Ta najukochańsza to zdecydowanie Błękitny zamek - a Wasza? Tak czy siak, Ania i wszystkie jej przygody - dzisiejsza młodzież pewnie powiedziałaby "przypały" - to też ważna część mojego dzieciństwa i młodości. Stąd pewnie podświadoma skłonność do buf ;-) Ale mam też wielką słabość do Wyspy Księcia Edwarda, którą przedstawia nam autorka, i do wszystkich tych dziwnych i uroczych nazw - nie tylko wymyślanych przez Anię. I stąd też mój pierwszy wydziergany test nazywa się White Sands, czyli Białe Piaski - miejsce, do którego młodzież Avonlea jeździła zadać szyku.


White Sands to projekt jednomotkowy (no dobra, troszkę uszczknęłam z drugiego motka, żeby zrobić pętelki) i absolutnie rekreacyjny. Najlepsza robótka na świecie do oglądania filmu z napisami albo czytania. Chustka jest bardzo prosta, ale dzięki śmiesznym pętelkom z i-corda z jednej strony wygląda dość fantazyjnie. Z drugiej strony jest najzwyklejszy w świecie travelling pattern, więc można też udawać, że wszystko jest klasycznie i spokojnie.

Chustkę na żywej osobie prezentuje moja siostra, czyli Mała Marchew:





Zdolności w zakresie modelingu to chyba jakaś cecha dziedziczna ;-)
Na sesję wybrałyśmy, oczywiście, najbardziej wietrzny dzień roku (chyba - a przynajmniej taki się wydawał). Ale chustka nie dała się porwać i teraz czeka grzecznie w pudle z prezentami, żeby wylądować pod pewną szczególną choinką.

A skoro o prezentach mowa, to udało mi się już przygotować paczkę w ramach zabawy w Tajemniczego Mikołaja w grupie Knitting in Poland na Ravelry. Paczka jutro wyląduje na poczcie, a ja na razie pochwalę się wspaniałym opakowaniem:


Mam nadzieję, że paczka dotrze szybko i bezpiecznie, i przede wszystkim że uda mi się ucieszyć obdarowaną osobę. Ech, prezenty to wieczny stres! Ale o przypałach - znaczy, tego, przygodach ;-) - prezentowych mam nadzieję opowiedzieć niedługo, jak już okiełznam nieco chaos kolorowych papierów i wstążek.

Szczegóły:

Włóczka: Ręcznie farbowana włóczka od Farbenpracht-Garne: 60% wełny jagnięcej, 20% jedwabiu, 20% ramii
Kolor: Stein
Druty: 3,5

Sunday, 11 October 2015

Magiczne sztuczki z markerami

Dzieje się, oj dzieje - aż tyle, że nie mam czasu usiąść i spokojnie podziergać. Niby same przyjemne rzeczy: goście, znów goście, jeszcze więcej gości, a w przerwach spotkania z kulturą wysoką, ale po tych wszystkich wrażeniach czekam na choć kilka dni spokoju. Tymczasem udało mi się zdziałać cały szereg rzeczy, acz niekoniecznie dobrych.

Po pierwsze, zmajstrowałam sobie nowe markery do oczek. Do tej pory miałam zestaw różowo-zielonych agrafeczek i osiemnaście sztuk koraliczków nawleczonych na żyłki - dzieł rąk mych własnych o umiarkowanej urodzie, ale znacznej przydatności. Niestety, w trakcie mojej ostatniej katastrofy dziewiarskiej (o czym niżej), osiem znaczników-koralików wplątało się w dzianinę. Na amen, nie do odzyskania. Wizyta w sklepie z koralikami była nieuchronna, a ponieważ jestem tylko człowiekiem, to oprócz niezbędnej mi żyłki i zatrzasków kupiłam oczywiście różne inne rzeczy. W konsekwencji mój zestaw markerów powiększył się o złote kółeczka i różowe oponki, i wygląda teraz tak:



Znaczniki, uwolnione z dzianiny, spisują się bardzo dobrze, a oprócz tego są kolorowe, świecące i cieszą me srocze serce. Opowieść o tym, w jaki to sposób utkwiły w dzianinie, stanowi natomiast sedno mojego najnowszego dziewiarskiego dramatu. Otóż od jakiegoś czasu dziergam Murron, zwaną też najbardziej ażurowym kardiganem świata. Robiłam wszystko dokładnie według rozpiski, zgodnie z rozmiarem takim akurat na mnie, rozdzieliłam rękawy od korpusu, nabrałam oczek pod pachami... I markery w jakiś sposób tam utkwiły. Nie wiem w jaki - na pewno magiczny - ale wrobiłam je w dzianinę i ani drgnęły.

Powinnam była odczytać to jako znak, że trzeba te dobrane oczka spruć, ale gdzie tam. Działam więc, działam namiętnie, uskrzydlona myślą o zaprezentowaniu Murron w paskowo-ażurowym KALu w grupie Knitting in Poland, aż wreszcie, po wyprodukowaniu z siedmiu centymetrów kadłuba, przymierzyłam moje dzieło.
Nie pasowało tak koszmarnie, że aż brak słów. Marszczyło się po bokach, garbaciało na plecach, a otwory na rękawy były tak duże, że mogłabym zrobić przez nie fikołki. Mówiąc krótko - otchłań rozpaczy. Na szczęście B. powstrzymała mnie przed wyrzuceniem swetra za okno i wyskoczeniem za nim - rozwiązaniem okazało się sprucie wszystkiego aż do pach i niedobieranie oczek. Sweterek stał się o około 40 oczek węższy, zniknął mu garb, marszczenia i obręcze do fikołków. Nie wspominając już o tym, że uwolniłam w ten sposób moje osiem koralikowych markerów.

Myślę, że można to policzyć jako moralne zwycięstwo.